czwartek, 4 kwietnia 2013

~4~

Nie lubię takich dni, jak dzisiejszy, kiedy czuję, że muszę uciec, a nie mam dokąd. Nie ucieknę w świat wirtualny, bo mnie zmęczył. Nie wyłączę komputera i nie ucieknę w codzienność, bo siedzenie w miejscu mnie zabije, a mam dość mojej rodziny na dzisiaj. Matki, która na dzień dobry mnie opierdoliła i od tamtej pory opierdala za każdym razem, gdy mnie zobaczy. Najgorsze w tym jej opierdalaniu jest to, że z jednej strony ma rację, z drugiej i tak nie mogę tego zmienić, bo wszystko i tak sprowadzi się do tego miejsca. O co poszło? O to, że znów cały dzień siedzę przed komputerem ("A dupa to cię już od tego nie boli?! Ile można tak siedzieć i lenić się!"). No nie mogę inaczej, jako istota mając znajomych w Internecie, posiadająca tu źródło rozrywki, ale też pracy - chyba logicznym jest, że teksty, które trzeba wysłać mailem, pisze się na komputerze, że zbieram do nich materiały w Internecie (przeogromna baza tekstów publicystycznych, na podstawie których tworzę swoją pracę), że jak nie chce się zajechać drukarki, to czyta się z monitora... No ale też oglądam filmy, bazgrzę tego bloga, przeglądam tumblra...
I co pewien czas przychodzą takie dni. Gdy o świecie wirtualnym człowiek nie chce myśleć, bo robi mu się nie dobrze, ale nie jest wcale lepiej, a może jest gorzej, gdy odchodzi od komputera. Nawet nie bardzo mam gdzie wyjść z domu. Zimno i mokro, żadnego miejsca - do którego mogłabym się schować i... nie wiem... coś, cokolwiek porobić - w promieniu kilku, kilkunastu kilometrów.
Mam po prostu dzisiejszego dnia dość. Chcę, by było już ciemno, by wszyscy poszli sobie spać, bo nie będę musiała siedzieć jak na szpilkach i zastanawiać się, czy wyłączą internet, czy przyjdą mnie do pokoju opierdalać, czy co tam jeszcze, kurwa, wymyślą.
A najgorsze-najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mogę się stąd wynieść, bo zanim zacznę zarabiać tyle, by móc utrzymać się sama (znaczy: wynająć sama mieszkanie w naszej kochanej stolicy), będę musiała tu wrócić, bo sobie wydumałam drugi kierunek studiów (obecnego jeszcze nie skończyłam). Stacjonarny, bo niestacjonarny kosztuje miliony. I znów wrócę na ich utrzymanie. No, chyba że się nie zgodzą mieć w rodzinie pani dohtor... (Bo tego, że mi opłacą mieszkanie/stancję/cokolwiek w innym mieście to nawet nie śmiem rozważać).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz