Tak mnie właśnie naszło, gdy wpatrywałam się w okienko komunikatora i zastanawiałam się, czy pisać dalej, czy poczekać najpierw na odzew na to, co już napisałam... Czy to normalne, że znajomi olewają podczas świąt? Bo do tej pory to było dla mnie jakby oczywiste, że w tym czasie pogadanie z kimkolwiek jest bardzo mało wykonalne, bo każdy siedzi z rodziną itp. Tylko że... jakoś natchnęło mnie, że moja znajoma - nazwijmy ją Sandrą - martwiła się, czy spędzi je ze swoim chłopakiem i on też wolał być w czasie świąt w domu. A w moim małym rozumku Sandra, i trochę jej chłopak, jawią się tak troszeczkę jako coś bardzo bliskiego rodzinie. Że mi życzeń nie złożyli (dobra, on złożył, ale krótko i bez wierszyków) to się cieszę, bo Wielkanoc z pewnych powodów jest dla mnie najgorszym świętem i póki nie muszę go obchodzić, że tak powiem, kościelnie, religijnie czy jak to ująć, to może sobie być. I pisząc teraz do Sandry zastanawiałam się, dlaczego tak trudno z nią i z - powiedzmy - Luizą pogadać. (Luiza to w ogóle jeszcze inna bajka: ona olewa mnie regularnie, regularnie nazywając przyjaciółką i powtarzając, że milczenie jest winą dwóch stron, bo ona niby się nie odzywa, ale ta druga strona też nie... tyle że akurat ja się odzywam... no właśnie). Spędzają czas z rodziną, ok, nie zabraniam, nie wyrzucam. Tylko czy ja jestem na końcu łańcucha pokarmowego, że do mnie się nie piszą (czyli myślą o mnie dużo gorzej, niż ja o nich, niestety...), czy zaczynam robić z siebie attention whore?
W sumie to początek bloga, nikt tu nie zagląda, nikt nie udzieli mi żadnej, nawet mało prawdopodobnej odpowiedzi, ale miałam wczoraj rozkminę na temat odruchów i postanowieniu wypracowania nowych. Co prawda głównie chodziło mi o naukę, ogarnianie pierdolnika w pokoju i inne takie, ale pisanie bloga też gdzieś tam się może zmieścić. :3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz